niedziela, 19 października 2014

Rozdział 11

Urlop minął szybko. Zdecydowanie za szybko. Dzisiaj wracam z Jen do studia. Będziemy pod okiem Scootera. Nie podoba mi się zbytnio ta idea, ale jak trzeba to trzeba.
Z The Wanted zacieśniłyśmy naszą znajomość. Podczas ostatnich dni nasza grupa była niemalże nierozłączna. Zauważyłam nawet, że Jennifer i Nathan mieli się ku sobie, co było do przewidzenia od samego początku. Ja? Pozostałam forever alone, czyli nic się nie zmieniło.
- Nie uśmiecha mi się to i dobrze o tym wiesz. - westchnęłam, kiedy powoli wychodziłyśmy z domu, bo praca nagliła.
- Mi też nie, ale spójrz na to z tej strony. Więcej spotkań z The Wanted! - próbowała pocieszyć mnie przyjaciółka.
- Z Nathanem też. - mruknęłam pod nosem, na tyle cicho, że tego nie usłyszała.
Pierwszy dzień po urlopie zawsze był ciężki, ale to to już było przegięcie. Do Jennifer nikt się nie przyczepił, ale do mnie za wszystkie czasy. Ciągle słyszałam "Skup się Caroline" albo "Jeszcze raz, nie ten chwyt", "Za nisko", "Za wysoko", "Za głośno", "Za cicho". Już powoli nie wyrabiałam. Braun dzisiaj naprawdę chciał mnie wkurzyć, co mu się udawało.
W końcu cisnęłam słuchawkami o podłogę i wyszłam z kabiny nagraniowej.
- Ej jeszcze nie skończyliśmy! - zawołał Scooter.
- Ale ja skończyłam! - warknęłam i wyszłam.
Miałam na dzisiaj go dość. Na korytarzu wyminęłam się z Tomem.
- Ej Caro co się dzieje? - spytał.
- Ten pieprzony pajac Braun mnie doprowadza do szału! - wybuchłam. - Jeśli tak to ma wyglądać, to ja pierdole cały ten biznes. - dokończyłam i opuściłam budynek.
Zaraz do mnie Jennifer zaczęła wydzwaniać. Odrzucałam każde jej połączenie, tym bardziej naszego " kochanego" managera. Jego miałam w szczególności dość.
*
- Caroline co ty do cholery wyrabiasz?! - wpadła Jen.
Zastała mnie siedzącą na kanapie, w dresach, z popcornem i nogami na stoliku do kawy.
- Co ja wyrabiam? Może co ten parszywiec wyrabia? - zapytałam.
- Myślę, że jesteś do niego za bardzo uprzedzona. - westchnęła i podeszła o dwa kroki bliżej.
- Ja?! - zerwałam się i stanęłam na przeciwko niej. - ja?! Czy ty jesteś ślepa, głucha, głupia, czy na tyle tępa, żeby zauważyć, że każe nam nagrywać jakąś plastikową sieczkę, a nie nasze numery?! Nie obchodzi go nasza nadchodząca płyta, tylko to, ile za nas dostanie! - wydarłam się. - Jak możesz tego nie widzieć?
Dziewczyna patrzyła na mnie beznamiętnie. Westchnęła cicho i poszła do siebie do pokoju.
- Jeśli dalej tak się będziesz zachowywała, to pójdziesz na dno, a wszystko czego się dorobiłyśmy pociągniesz za sobą. - rzuciła po drodze.
- Wolę iść na dno, niż patrzeć na krzywą twarz i słuchać wyssanych z palca do mnie sapów! - odpowiedziałam.
Opowiedziało mi trzaśnięcie drzwiami. Super, jeszcze z Jen się pożarłam. Po prostu lepszego dnia nie mogłam sobie wymarzyć.
Wyszłam na spacer. Nie wzięłam telefonu, bo stwierdziłam, że nie chce mi się słuchać kolejnych dyrdymałów na mój temat. To był koszmar. A przy tym zero wsparcia. Coraz bardziej brałam pod uwagę zakończenie tej zabawy z muzykę, albo rozpoczęcie solowej kariery.
To było ciężkie. Mimo że początki, ale aż tak ciężkiego startu z nowym managerem się nie spodziewałam. To przewyższało wszystko.
- Caroline! - usłyszałam wołanie.
Obróciłam się nieco zdezorientowana. Ujrzałam biegnącego w moją stronę Maxa.
- Hej. - mruknęłam.
- Słyszałem o dzisiejszym incydencie w studiu.
- Widzę, że poczta pantoflowa szybko działa. - mruknęłam niezbyt zadowolona. - No i co w związku z tym? - spojrzałam na niego.
- No Scott ma mieszane uczucia, co do waszej współpracy.
- Możesz mu przekazać, że nie on jeden ma takie. - westchnęłam.
- Caroline spróbuj chociaż się do niego przekonać. - jęknął.
- A co ja mam zrobić? Czerwony dywan mu rozłożyć? Powitać go jak króla? Tańczyć jak mi zagra? Jak to robicie wy i Jennifer? - syknęłam.
- Woah zwolnij trochę. - posłał mi ostrzegawcze spojrzenie George. - Po pierwsze nie tańczymy jak on nam zagra, po drugie nie jesteśmy jego marionetkami, po trzecie to był nasz wybór, a po czwarte Braun nie jest zły, tylko ty uprzedzona. - warknął.
Spiorunowałam go wzrokiem.
- Pięknie. - prychnęłam. - Następny. Wiesz co? Wal się, ty i twoje epicentrum czyli Braun i jeśli masz tak mi gadać, to lepiej zejdź mi z oczu, bo nie ręczę za siebie. - warknęłam i poszłam w kompletnie inną stronę, zostawiając go w tyle.
- Ciekawe gdzie się podziała ta cicha i nieśmiała, a przede wszystkim pogodna Caroline z X-Factora, co?! Bo ta osoba, która stoi przede mną jest podobna i to bardzo z wyglądu, ale nie jest tą dziewczyną, która mnie zaintrygowała na początku. - zawołał za mną.
- Nie ma jej i nigdy nie wróci przez takich zgredów jak ty George i Braun. - odpowiedziałam i zniknęłam za rogiem.
TEGO było już zdecydowanie za wiele. Nawet jeden z moich idoli był przeciwko mnie.
*
Zaczynało się ściemniać. Zachód słońca w Londynie wyglądał czarująco jak zawsze.
W parku, nad Tamizą przechadzały się zakochane pary, a ja szłam sama. To było dopiero frustrujące i dobijające. Nie było mi spieszno do domu, do problemów, do tego całego gówna.
Usiadłam na murku pod London Eye i zaczęłam myśleć nad tym wszystkim. Przetarłam twarz dłońmi i westchnęłam głośno.
- Widzę, że bycie sławną nie zawsze wiąże się z byciem szczęśliwą. - usłyszałam kobiecy głos za sobą.
Szybko się obróciłam.
- Nicole. - szepnęłam, po czym posłałam jej delikatny uśmiech.
- Co cię gryzie, mała? - spytała i usiadła obok mnie.
- Nowy manager, wszyscy są przeciwko mnie, kiedy widzę, że źle się dzieje. - westchnęłam.
- Próbowałaś na spokojnie to przeanalizować?
- Miałam trzy tygodnie na przeanalizowanie tego gówna. - mruknęłam.
- I?
- Nadal zostaję przy tym co myślałam. - spojrzałam na brunetkę.
- A rozmawiałaś z Jennifer? - spytała łagodnie.
- Tak... Bynajmniej próbowałam, ale skończyło się fiaskiem i kłótnią, dlatego tu jestem.
- Bo nie masz ochoty patrzeć na te osoby?
- Coś w ten deseń, ale Jen to moja przyjaciółka, a ja rozmyślam nad zerwaniem kontraktu, odejściem z zespołu i zaczęciem czegoś jako solistka. - zaśmiałam się ironicznie.
- Nawet jeśli Jen to twoja najlepsza przyjaciółka, to powinnaś rozważyć, co jest dla CIEBIE dobre, a nie dla innych, wiesz? Miałam to samo gdy jeszcze byłam w The Pussycat Dolls. - stwierdziła lekko.
- Jak możesz być taka pozytywna w tym wszystkim? Ja bym tak nie mogła. - szepnęłam.
- Pomyśl, bo to może ważyć na twojej przyszłości. - poradziła moja była mentorka. - Do zobaczenia kiedyś tam. Jak coś się będzie działo to dzwoń. Masz mój numer - usmiechnęła się i poszła.
Siedziałam na murku bardzo długo. W dalszym ciągu nie wiedziałam, co mam robić. Może faktycznie powinnam dać Scooterowi szansę i przestać być tak uprzedzona do wszystkiego, co nowe.
W końcu wstałam i poszłam przed siebie. Z niewiadomych powodów zaszkliły mi się oczy.
Przechodziłam akurat obok domu The Wanted. Mieli grilla i bawili się wszyscy łącznie z Jen w najlepsze. Wbiłam wzrok w chodnik i poszłam dalej.
Wróciłam do domu. Położyłam się na kanapie w salonie i skuliłam. Zrobiłam się senna i zasnęłam.


~~~~~~~~~~~~

Witamy po dość długiej przerwie. Znowu.
Nauka i szkoła mnie gromią ostatnio, że ledwo wyrabiam nawet ze spaniem :/
a jak jest u was? Trzymacie się jakoś? :)
Chcę w swoim i Niki imieniu podziękować za ponad 6000 wyświetleń na blogu! Jesteście niesamowite! <3
Na dzisiaj to by było na tyle :)
Do zobaczenia!

czwartek, 3 lipca 2014

Rozdział 10

*Perspektywa Caroline

Kiedy zobaczyłam w przedpokoju Parkera, myślałam, że się śliną udławię. Do tego ten grill. Tak bardzo mi się on nie widzi. Mimo że Jen tak się cieszy, dla mnie nie będzie to nic dobrego. Tym bardziej na kacu.
Podniosłam się ze swojego łóżka. Przetarłam oczy i poszłam do łazienki się z grubsza ogarnąć. Kiedy zobaczyłam swoje odbicie w lustrze, myślałam, że zejdę na zawał. Wyglądałam jak siedem nieszczęść! I jeszcze on widział mnie w takim stanie? No to pięknie się ten wieczór zapowiada nie ma co.
Wzięłam chłodny prysznic, po czym ubrałam się w pierwsze lepsze ubrania. Włosy pozostawiłam do naturalnego wyschnięcia. Nie chciałam ich tak męczyć, bo nim bym się obejrzała, miałabym siano na głowie.
Zeszłam na dół do kuchni coś zjeść. Przy okazji wzięłam tabletkę na ból głowy, którą popiłam wodą mineralną.
- Lepiej? - zapytała przyjaciółka.
- Nie pytaj. - mruknęłam. - Czuję się jakby mnie walec przejechał. Dwa razy.
- Ale i tak wyglądasz lepiej niż parę godzin temu.
- Dzięki. - odpowiedziałam.
Zrobiłam sobie kanapki i po chwili zaczęłam je jeść. Nawet na jedzenie nie miałam weny.
- W co się ubieramy? - usłyszałam pytanie Jen.
- Ja biorę wygodny dresik. Nie ma sensu się stroić.- westchnęłam i wstawiłam talerz do zmywarki.
- Idziemy pobiegać?
- A widziałaś jak jest na dworze?
- No słońce świeci. - odpowiedziała nieco zdezorientowana.
- A ile jest stopni? 
- No około trzydziestu. - mruknęła. - Dobra to odpada. A co ci w takim razie poprawi humor?
- Cisza. - szepnęłam i zamknęłam oczy. - Jen ja nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby tam iść. - jęknęłam.
- Bez ciebie nie idę. - odparła szybko. - Spokojnie mamy być dopiero pod wieczór, więc może, a raczej na pewno ci się polepszy. - uśmiechnęła się delikatnie.
- Skoro tak mówisz. - westchnęłam cicho i położyłam się na kanapie.
                                                                     *
Zbliżał się wieczór. Jen tak się odstawiła, jakby szła na wielką galę. Rozumiem, że chciała zaimponować, ale bez przesady.
 Ale nie mogłam przy niej wyglądać jak bezdomna, więc postanowiłam ubrać to:
- Już na serio zaczynałam myśleć, że ubierzesz dres. - zaśmiała się dziewczyna.
- Chciałam tak zrobić, dopóki się nie odstawiłaś jak stróż w Boże Ciało. - odpowiedziałam z delikatnym uśmiechem. - Mogę tak iść? - spojrzałam na przyjaciółkę i obróciłam się.
- Jest idealnie. - posłała mi delikatny uśmiech. - A ja? Mogę?
- Głupie pytania zadajesz. Oczywiście, że tak.
- To idziemy? - zapytała.
- Idziemy. - odpowiedziałam.
Zeszłyśmy na dół. Zapakowałam do torebki swój telefon, perfum i takie tam, po czym wyszłyśmy z domu. Przeszłyśmy się kawałek i zanim się obejrzałyśmy, stałyśmy przed willą The Wanted. W dalszym ciągu nie byłam przekonana, czy w ogóle chciałam tam iść. Spojrzałam przelotnie na Jennifer.
-Nadal nie chcesz iść?
- Nie chcę się natchnąć na Toma. - mruknęłam pod nosem.
- Daj spokój. - poklepała mnie po ramieniu. - Wchodzimy?
- Raz kozie śmierć. - szepnęłam i weszłyśmy za bramę.
Szłam za Jen ze spuszczoną głową. Ta szybkim ruchem nacisnęła na dzwonek do drzwi i po chwili otworzył nam Nathan.
- O! Cześć dziewczyny! Wchodźcie! - powitał nas cały w skowronkach.
Przytuliłyśmy się z nim przyjaźnie i weszłyśmy do przedpokoju. Zaraz wpadł Jay z Maxem.
-Caro! Jen! - krzyknął Łysy.
Skrzywiłam się, bo ból głowy dał znać o sobie.
- Caro zdejmij okulary. Jesteśmy w środku. - mruknęła mi na ucho przyjaciółka.
- Właśnie. Co ci jest? - zapytał szybko Jay.
Zdjęłam niechętnie okulary, nic nie mówiąc.
- O cholera.
- Co ci? - zapytał Nath.
- Kac morderca. - zaśmiałam się delikatnie.
- Aaa. Max nam mówił wczoraj. - zaśmiał się loczek.
Automatycznie moje policzki zaczęły płonąć czerwienią. Nie no po prostu zaraz się zapadnę pod ziemię, pomyślałam.
- Dobra dajcie dziewczynie żyć. - wkroczyła do akcji Nareesha. - Sami w lepszym stanie nie byliście parę dni temu. - dodała i przytuliła się ze mną i Jennifer na powitanie.
- Dzięki. - szepnęłam zażenowana.
- Dobra chodźcie do ogrodu! Kiełbaski są już na ruszcie. - zawołał Seev.
Wszyscy zebrali się przy stole. Każdy z nas zajął wybrane miejsce przy stole. Dzięki Bogu byłam jak najdalej od Toma. Jay jak to Jay zadbał o piwo. Pozieleniałam na sam widok puszek.
- Max, gdzie macie toaletę? - zapytałam szybko.
- Pierwsze drzwi po prawej. - odpowiedział pogodnym tonem.
- Dzięki. - szepnęłam.
- A co... - nie zdążył dokończyć, kiedy ja wyrwałam w stronę toalety.
Po paru krótkich chwilach dotarłam do pomieszczenia, mało co nie zabijając się na śliskich kafelkach. Tam opróżniłam cały swój żołądek. Poczułam ulgę. Podniosłam się, spuściłam wodę, wypłukałam jamę ustną i skierowałam się do stołu. W salonie natchnęłam się na Parkera.
- Wszystko w porządku? - zapytał.
- A obchodzi cię to? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Nie miałam zamiaru być dla niego miła.
- No wybiegłaś jak oparzona i było słychać jak wymiotujesz, więc się pytam. - wzruszył ramionami.
Zignorowałam go i wróciłam do przyjaciółki, reszty The Wanted i Nareeshy. Uśmiechnęłam się blado.
- Ale ty blada. - stwierdził Max.
- Wiem. - zaśmiałam się ironicznie.
Spojrzałam przelotnie na Jennifer. Była pochłonięta rozmową z Nathanem. Usiadłam na swoim miejscu. Siva od razu zebrał się na nakładanie jedzenia.
- Siva mi nie nakładaj. Jedynie sałatkę dam radę zjeść.
- Daj spokój. Jedną chyba dasz radę. - uśmiechnął się. - A po za tym za chuda jesteś.
- Siva, kochanie. - szepnęła Nareesha. - Caro nie czuje się najlepiej. Wymiotowałaś? -zapytała upewniająco.
Potaknęłam głową. Jennifer momentalnie na mnie spojrzała.
- Ma schorowany żołądek. - uśmiechnęła się ciepło do Mulata.
- Okej. - odpowiedział z uśmiechem i poczochrał mi włosy.
Uśmiechnęłam się przelotnie i wzięłam łyka wody.
Atmosfera jednak rozluźniła się i każdy z każdym rozmawiał. No może prawie.
Topór wojenny między mną, a Tomem był odkopany w dalszym ciągu, ale bez problemu dogadywałam się z Jayem i Nareeshą. Nie kryłam też, że czułam się o wiele lepiej.
Jen gadała non stop z Maxem, Tomem i Nathanem na raz, ale nie było też tak, że podzieliliśmy się na grupki.
Chłopcy oczywiście zadbali o muzykę, więc można było sobie potańczyć.
- Caro na pewno nie chcesz piwa? Na kac to jest dobre. - zaproponował Max.
- A dobra daj. - uśmiechnęłam się.
Podał mi puszkę. Otworzyłam ją i wzięłam łyka. Poczułam gorycz na języku, ale po paru łykach mi zasmakowało. Podniosłam się w końcu z krzesła i zaczęłam sobie z Jen, Nathanem i Jayem kołysać się w rytm muzyki.
Nagle rozbrzmiały się pierwsze takty Glad You Came. Uśmiechnęłam się do przyjaciółki i zaczęłyśmy śpiewać. Po chwili słyszało nas całe sąsiedztwo.
Na sam wieczór Jay i Nathan rozpalili ognisko. Poczułam jak mi kiszki marsza grają. Wzięłam patyk i nabiłam na niego kiełbaskę oraz pianki, po czym zbliżyłam wszystko do ognia.
- Dobry pomysł Caro! - stwierdził ucieszony Max i po chwili każdy miał nabitą kiełbaskę na patyk i smażył ją w ogniu.
Po skonsumowaniu posiłku, stwierdziłam, że wróciłam do normalnego stanu.
Zaczęło się robić chłodno. Nareesha przyniosła koce.
- Jest mały problem. Jest o jeden koc za mało. - powiedziała.
Tak. Ja byłam bez koca.
- Nie no luz. - uśmiechnęłam się i ściągnęłam rękawy do nadgarstków. - jest okej. - dodałam.
Siedziałam taka forever alone na tym krześle z podkulonymi nogami. W pewnej chwili poczułam, jak ktoś mnie okrywa. Zdezorientowana szybko się odwróciłam.
- Dzięki. - szepnęłam nieco zdziwiona.
- Spoko. - Parker posłał mi delikatny uśmiech.
- A ty nie masz koca? - zapytałam momentalnie.
- Nie robi mi to. - wzruszył ramionami.
- Daj spokój. Chodź tu. Jest na tyle duży, że okryje nas oboje. - stwierdziłam.
Brunet wziął coś ze stołu i przyszedł, po czym usiadł obok mnie i okrył nas oboje.
- Przepraszam za całą tą beznadziejną akcję z torebką. - szepnął i podrapał się po głowie.
- Przepraszam, że cię obrzygałam. - mruknęłam pod nosem.
- Zgoda?
- Zgoda. - podaliśmy sobie ręce.
Zaczęliśmy jeść chrupki, chipsy i inne śmieciowe, ale bardzo dobre jedzenie, do tego zapijaliśmy to wszystko piwem. Zaczęliśmy w końcu normalnie gadać. Z czasem żartować i grać w łapki i inne zabawy.
- Haha! A myślałam, że to ja ze wszystkimi przegrywam. - zaśmiałam się dźwięcznie.
- Serio? Ty też? - zapytał zaskoczony.
Potaknęłam i po chwili każdy usłyszał mój śmiech.
Cała nasza ósemka zaczęła się bawić w berka. Było bardzo dużo śmiechu.
Skończyliśmy zabawy o wschodzie słońca, kiedy każdy już mocno zmęczony, zasypiał na stojąco. Ja i Jen spałyśmy w pokoju gościnnym, a reszta u siebie. To był najlepszy grill na jakim kiedykolwiek byłam...
_____________________________

Cześć i czołem :)
Naszła mnie ostatnio wena na tego bloga i myślę, że w ciągu wakacji pojawi się tu spoooro rozdziałów.
Nika niestety ma blokadę i jest chwilowo zawieszona, więc blogiem w najbliższym czasie zajmuję się ja. :)
Mam nadzieję, że rozdział się spodobał, zapraszam do komentowania i do następnego! :)





niedziela, 29 czerwca 2014

Rozdział 9

*Perspektywa Jennifer


Po chwili namysłu poszłam do łazienki, w której się trochę ogarnęłam. Odświeżona, z lepszym samopoczuciem zaszłam jeszcze do Caro. Dziewczyna spała jak zabita. Przewróciłam oczami, po czym poszłam jeszcze do salonu, usiadłam na sofie i włączyłam telewizor. Leciał akurat jakiś nieciekawy film. Jednak czułam potrzebę oglądnięcia czegoś, czegokolwiek. Chciałam chociaż na chwilę zapomnieć o zmianie menadżera i tym wszystkim.
Zrobiłam miskę popcornu i usiadłam na sofie. Oglądałam bezsensowny film, który i tak był najlepszym wyjściem, patrząc na to, ile reklam puszczają w telewizji.
Na jakikolwiek kanał bym nie przełączyła, wszędzie reklamy. To było frustrujące.
Po jakiejś godzinie usłyszałam szamotaninę na górze. Oho pewnie Caro wstała. Podniosłam się i poszłam szybkim krokiem na górę.
- I jak tam? - zapytałam uśmiechnięta od ucha do ucha.
- Czuję się jakby ktoś mi po prostu zajechał łopatą w głowę. Trzy razy. - jęknęła.
Zaśmiałam się.
- Żebyś ty wczoraj siebie widziała. Zalałaś się w trupa. Totalnie. - oznajmiłam.
- Nie pomagasz. - mruknęła niezadowolona z obrotu spraw. - Film mi się urwał.
- Może to i lepiej.- westchnęłam cicho.
-Jen co ja zrobiłam?! - zapytała szybko przerażona.
Spojrzałam na nią i po chwili zastanowienia udzieliłam odpowiedzi.
- Sama nie dałam rady cię odczepić od łóżka, więc postanowiłam zadzwonić po Maxa. On też nie dał rady. Ty w ogóle zaczęłaś po nim jechać jak po szmacie...
- No dzięki. - mruknęła sarkastycznie.
- Prawdę mówię. - odpowiedziałam szybko. - Wracając do tematu. Kiedy już skończyłaś swój cudowny monolog, Max zadzwonił po pomoc. I tutaj pojawia się imię sama-wiesz-kogo.
- Nie... - spojrzała na mnie morderczym wzrokiem.
- Tak. - odparłam. - No i on przyjechał, jakimś cudem cię odczepił od kanapy w salonie no i zaniósł cię do twojego pokoju. Na samym końcu obrzygałaś go całego.
- Co?! - krzyknęła, ale zaraz po tym złapała się za głowę.
- Tak. Zarzygałaś mu całą koszulkę, więc pożyczyłam mu jedną z twoich.
- Błagam powiedz tylko, że nie tą z...
- Kurtem Cobainem? - zapytałam piskliwie i podrapałam się po głowie. - Tak. Pożyczyłam mu ją. - uśmiechnęłam się.
- Nie żyjesz. - warknęła. - Jen!
- Byłaś zalana w trupa, bluzgałaś na wszystkich i na wszystko co się ruszało i próbowało cię odczepić od kanapy, na końcu obrzygałaś Parkera od góry do dołu. Należała mu się czysta koszulka.
- Już widzę współpracę nie ma co.
- A i dzwonił Scooter Braun. Mamy stawić się za jakieś dwie godziny w biurze. Spotkanie organizacyjne.
- Nie ma mowy. Nie pójdę w takim stanie. O Boże. - jęknęła i pobiegła do łazienki.
Zaśmiałam się delikatnie.
- Alkohol smakuje dobrze, w drodze powrotnej, już niekoniecznie - stwierdziłam i poszłam na dół zrobić jej śniadanie.
Po niedługim czasie zeszła na dół blada jak kreda.
- Nigdy więcej nie tknę alkoholu. A z pewnością nie tknę wódki. - mruknęła i usiadła przy stole.
- A i nie zapomnij podziękować chłopakom za pomoc.
- Jaką pomoc?
- Gdyby nie oni, leżałabyś tutaj, cała połamana. - oznajmiłam i wzięłam jedną kanapkę.
- Jasne. Z pewnością podziękuję Parkerowi. - westchnęła.
- Wyczuwam tutaj dość spory sarkazm.
- Dobrze. Taki miałam zamiar. Mu dziękować z pewnością nie zamierzam.
- Był pijany, jak ty wczoraj.
- Bronisz go jeszcze?! - oburzyła się.
-Nikogo nie bronię tylko stwierdzam fakty, a teraz cicho bądź, bo chce przełożyć to cholerne spotkanie w biurze. - warknęłam i wyszłam z kuchni i poszłam na zewnątrz.
Jedno powiem. Scooter jest spoko, ale są tego pewne granice. Nie był z pewnością zadowolony z przełożenia spotkania, ale ustąpił nam. Tym razem.
Wracając do domu wpadłam na Toma.
- Hej. Jak tam Caroline? Żyje? - zapytał.
- Żyje, ale kac morderca jej nie opuścił. - stwierdziłam i się delikatnie zaśmiałam.
- Coś czuję, że nie opuści jej przez najbliższe dwa dni.
- Taaa nie ty jeden. - mruknęłam. - Wejdź, nie będziesz tak stał jak głupek.
- Spoko. - wzruszył ramionami i podążył za mną.
Z kuchni wyszła Caro.
- Jen dostałam tweeta, że... Chyba sobie ze mnie jaja robicie. - powiedziała zszokowana.
- Tom przyszedł, bo chciał się dowiedzieć, jak się czujesz. - odparłam dość dosadnie.
- Jasne, a ja nazywam się Justin Timberlake. - mruknęła i poszła do salonu.
- Auć. - mruknął.
- Zapomniałam dodać, że do pakietu dołączył się sarkazm, wredność i ironia. - westchnęłam ciężko.
- Spoko, nie przejmuj się tym. Wieczorem robimy grilla u nas, wpadnijcie jak chcecie. - uśmiechnął się.
- Jasne, tylko doprowadzę Caroline do ładu.
- A. Byłbym zapomniał. Oddaję koszulkę. Wyprana i nawet wyprasowana.
- Ty nigdy nie prasujesz. Ani żaden z was. - stwierdziłam zszokowana.
- Skąd wiesz?
- Stare flipy WantedWednesday. - poklepałam go po ramieniu. - tak czy inaczej dzięki.
- Spoko. - szepnął. - Możemy pogadać? Na zewnątrz? Tak, żeby Caro nie widziała, nie słyszała, ani nic? - zapytał cicho.
- Jasne. - odpowiedziałam nieco zdziwiona i poszłam za nim na ganek. - Co jest?
- Caro jest wkurzona?
- Nie... - mruknęłam.
- W skali od jednego do stu?
- Zabraknie cyfr.
- Przecież można liczyć liczyć i końca nie widać. - stwierdził zdziwiony.
- No właśnie.
- A. - zaśmiał się, gdy już zorientował się o co chodzi. - to lipa.
- Czemu?
- Bo chciałem jakoś wynagrodzić całą tą beznadziejną sytuację.
- Czemu nie zrobisz tego teraz?
- Poczekam, aż jej przejdzie. - stwierdził. - To chyba będzie najrozsądniejsze wyjście. Dla wszystkich.
- Mówisz tak, jakby Caro była potworem. - zaśmiałam się. - Nie ale tak na serio, to lepiej by było, jakbyś to zrobił najszybciej jak to możliwe, bo im dalej w las, tym więcej drzew.
- Czyli im dłużej będzie czekała, tym bardziej będzie wkurzona? -zapytał upewniająco.
- Dokładnie tak. Także ja ją spróbuję ugadać na tego grilla, a ty się zrehabilituj i będzie wszystko okej, zgoda?
- Zgoda. - podaliśmy sobie ręce. - Dobra ja lecę cześć. - rzucił na pożegnanie i zniknął, za drzewami.
Wróciłam do domu.
- Co mnie ominęło? - przyszła powolnym krokiem przyjaciółka.
- Idziemy wieczorem na grilla do The Wanted.
- Nie ma mowy. - odparła.
- Jak to nie ma mowy?! - zapytałam z niedowierzaniem. - Caroline nie bądź cyniczna, błagam. Nie wiadomo, kiedy taka okazja się powtórzy. - jęknęłam.
- Na co? Na picie? Jeszcze dużo razy. - prychnęła.
- Przeginasz i to ostro. - warknęłam już powoli wytrącona z równowagi przez jej zachowanie.
- I co? Chcesz to idź, ale beze mnie.
- Caro ja rozumiem, że masz kaca, że boli cię głowa, że nie masz humoru i inne pierdoły, ale odrzucając każdą propozycję na poznanie idoli, w końcu przestaną nas zapraszać i nigdy nikogo nie poznamy tak, żeby się zaprzyjaźnić. - stwierdziłam już z większą dozą spokoju w głosie.
- Po prostu nie chcę patrzeć na Toma.
- A czy wszystko musi obracać się wokół Toma?  - zapytałam. - Tam będą też Nathan, Max, Jay i Seev, być może jeszcze Nareesha. - uśmiechnęłam się delikatnie. -No dawaj, jeśli nie będziesz chciała z nim gadać, to po prostu z nim nie gadaj i sprawa załatwiona.
- Dobra przestań już jęczeć. - westchnęła. - Idziemy na tego grilla.
- Boże kochana jesteś! - pisnęłam i się na nią rzuciłam.
- Ciszej, miej litość. - jęknęła i poszła się położyć.
Skoro już się zgodziła to połowa drogi za mną, pomyślałam. Uśmiechnęłam się sama do siebie i poszłam po swojego laptopa.
Czułam, że ten wieczór będzie jednym z najlepszych momentów w naszym życiu...

________________________________

Witamy po długiej przerwie :)
Tak jak obiecywałyśmy, rozdział pojawił się w tym miesiącu i mamy nadzieję, że wybaczycie nam tak długą nieobecność.
Mamy nadzieję, że rozdział się spodobał. Dajcie znać, co sądzicie
Do zobaczenia!
Nika&Pat

niedziela, 15 czerwca 2014

NOTKA

  • Ja i Nika bardzo przepraszamy za nieobecność na tym blogu. Nawet nie mamy niczego na obronę, ale spowodowane to było brakiem czasu weny i wszystkiego. Mam nadzieję, że jeszcze tutaj zaglądacie czasami :)
  • Nowy rozdział pojawi się na pewno w tym miesiącu i mamy nadzieję, że przypadnie wam do gustu :) 
  • Tymczasem (a dokładnie wczoraj) założyłam nowego bloga. Jeśli interesujecie się sportowcami to serdecznie zapraszam :)  

And you call yourself honest? 

 

Do zobaczenia wkrótce! :)

czwartek, 23 stycznia 2014

#Napisałam piosenkę ;)

Po raz pierwszy w życiu napisałam piosenkę i się nią dzielę na YT i wszędzie :)
Mam nadzieję, ze się spodoba ;)

sobota, 4 stycznia 2014

Rozdział 8

  *Perspektywa Jennifer

Kiedy usłyszałam trzask drzwi, podskoczyłam na krześle. Nathan automatycznie wstał i pobiegł za Caroline. Pozostali na mnie spojrzeli.
- Na mnie nie patrzcie. Miała prawo się wkurzyć. - wzruszyłam bezradnie ramionami.
Naomi pokręciła głową z dezaprobatą.
- Tego się nie spodziewałam.
- My nie spodziewałyśmy się tego, że nas wystawisz. - stwierdziłam spokojnie i spojrzałam na nią. - Caro ma rację z tym jak nas potraktowaliście i szczerze mi się też to za cholerę nie podoba.
- To dlaczego panna Jefferson tak zareagowała? Skoro mogła być spokojna jak ty? - usłyszałam pytanie Brauna.
- Naomi powinna pana uprzedzić, że Caroline jest stosunkowo wrażliwa na zmianę otoczenia i jakąkolwiek zmianę, panie Braun. - oznajmiłam dość elokwentnie.
- No cóż. - westchnęła kobieta.
- To my rozumiem już nic nie mamy mówić? - zapytał Jay.
Zaśmiałam się dźwięcznie, ale z lekką ironią.
- Tak Jay. Macie być cicho. - odpowiedział Scooter.
Wymieniliśmy się wszyscy numerami. Do pomieszczenia wrócił zdyszany BabyNath.
- I co? - zapytałam.
- Będzie ciężko. Niezłe z niej ziółko. A po za tym. Chyba nie spodobał się jej szybki obrót zmian.
- Mówiłam. - wtrąciłam. - Dobra ja też się zwijam. To spotkanie nie ma sensu bez Caroline, z którą też trzeba coś uzgodnić. - wstałam i wzięłam torebkę ze stołu. - Koniec spotkania. - dorzuciłam na koniec i wyszłam z pokoju.
Zjechałam windą na parter i poszłam w stronę domu. Postanowiłam od razu zadzwonić do Caroline. Co było nie lada wyczynem, bo jakoś nie za bardzo chciało jej się odebrać telefon. Odbierz w końcu no, pomyślałam. Ale nic. Włączyła się jedynie poczta głosowa.
- O to ciekawie się zapowiada. - szepnęłam do siebie i czym prędzej pognałam do domu.
Gdy tam weszłam, nic mnie nie zaskoczyło. Wchodzę do salonu, a tam Caro zalana w trupa. Wybałuszyłam na nią oczy i podeszłam powoli. Rzuciłam torebkę na fotel obok.
- Caro. - gdy tylko ją szturchnęłam usłyszałam jakiś bełkot, z którego zrozumiałam tylko to.
- ...Bany Braun, pieprzony show biznes i to spotkanie. O Jen jak miło. - uśmiechnęła się sztucznie i z powrotem padła na kanapę.
- O cholera. Będzie ubaw. - szepnęłam. - Caro ogarnij się! - krzyknęłam na nią.
- Walić to. - burknęła.
Próbowałam ją podnieść. Cholera jedna nie dała się. Trzymała się kurczowo skórzanej kanapy.
- Nie no sama nie dam rady. - westchnęłam bezradnie.
Usłyszałam jeszcze obelgi na temat całej tej sytuacji z przejęciem przez Brauna. Zaczęłam się śmiać cicho. Z braku laku zadzwoniłam po Maxa. 
- Co jest?
- Caro zalana w trupa. Nie dam rady sama jej przenieść do jej pokoju, bo kurczowo trzyma się kanapy. Jakby chciało się Tobie wpaść po drodze najlepiej teraz zaraz, to bym była szczęśliwa.
-Dobra zaraz będę. - powiedział i się rozłączył.
- Caro jak George Cię zobaczy to umrze ze śmiechu. - westchnęłam z uśmiechem na twarzy. - Pierwszy raz i się tak nawalić. Haha! - zaśmiałam się.
Usiadłam sobie wygodnie w fotelu i pozostało mi tylko czekać i przypilnować małolatę. Po około 10 minutach wbiegł Max.
- Nie. Nie istnieje coś takiego jak dzwonek do drzwi czy pukanie. - stwierdziłam z sarkazmem i wstałam.
- Gdzie jest zalana?
- Tu - pokazałam palcem.
Podszedł do kanapy. Podrapał się po łysinie. Po wyrazie jego twarzy można było stwierdzić, że nie za bardzo wie, jak ma się do tego zabrać. W końcu podjął się próby, w której poniósł jak ja klęskę.
- Zostaw mnie kurwa ty nie wiesz, że sie nie rusza tego co nie twoje?! - wybełkotała Caroline.
Parsknęłam śmiechem, a ten biedny i zdezorientowany stał nad nią jak anioł stróż.
- Będzie ciekawie. - szepnął do siebie.
Jeszcze chyba z pięć razy tak próbował i skończyło się pięknymi obelgami z ust zalanej blondynki. Spojrzał na mnie bezradnie.
- Ja się poddaje. Co ona przyssała się do tej kanapy?! - zapytał bliski załamania i usiadł zmęczony w fotelu po drugiej stronie salonu.
- Nie powiedziałam, że będzie łatwo.
- Myślałem, że jaja sobie robisz. - oznajmił.
- Nie. Jak weszłam do domu, to też nie uwierzyłam zbytnio. - zaśmiałam się. - To co z nią robimy? Ona tak tu zostać nie może.
- Nie wiem. Dzwonię po Toma.
- Nie jego! Nie jego! Wszystko byle nie jego! - powiedziałam szybko.
- Czemu? - zapytał zdziwiony.
- Caroline go szczerze nie lubi. - oznajmiłam i podrapałam się po głowie.
- Może jak jest pijana, to go nie rozpozna?
- Próbować można. - wzruszyłam ramionami.
- No dobra dzwoń. - westchnęłam i podeszłam do okna po czym je otworzyłam.
W domu panował taki okropny odór wódki, że się wytrzymać nie dało. Max tym czasem poszedł zadzwonić po Parkera, z czego Caro, nawet pijana nie będzie zadowolona, ale jakoś trzeba ją odholować do jej pokoju, bo w salonie na pewno tak koczować nie będzie z butelką pod pachą.
Po kolejnych paru minutach Thomas stawił się na posterunek czyli do domu.
- Nie uwierzę jak nie zobaczę. - klasnął w ręce zajarany. - Serio ona się upiła? - zapytał idąc do salonu.
- I to jeszcze jak. Od kanapy się odkleić nie może. - dodał Max.
- No dobra... -Gdzie ona jest?
- Na kanapie. - odpowiedziałam za Maxa i podeszłam do nich.
Parker od razu zabrał się do roboty. Ja i George mieliśmy przy tym niezły ubaw z niego. Za cholere nie chciała się odczepić od kanapy.
- Bynajmniej teraz nie bluzga. - stwierdził Max.
Potaknęłam głową bez żadnego słowa.
- No już cholera... - stękał Tom.
Zadziwiliśmy się, bo w końcu się  odczepiła i brunet ją miał na rękach.
- W końcu! - odetchnęłam z ulgą.
Podeszłam do nich i spojrzałam na jej twarz. Spała.
- Gdzie mam ją zanieść? - zapytał cicho.
- Trzecie drzwi po prawej na górze. - szepnęłam.
Uśmiechnęłam się delikatnie na widok Parkera, który się w nią wpatrywał non stop. Złapał ją nieco pewniej i zaniósł do jej pokoju. Wyrzuciłam butelkę po wódce i kartonik po soku pomarańczowym.
- Kac będzie niezły skoro sama tyle zdołała wypić.
- Połowa z tego się wylała, bo cała kanapa się lepi i podłoga też. Ale kac i tak będzie, po raz pierwszy w ogóle miała alkohol w ustach. - westchnęłam i po chwili starłam wszystko z kanapy i podłogi.
Nagle w całym domu rozległ się krzyk Parkera. Szybko podbiegliśmy na górę, mało co się nie zabijając na schodach.
- Co jest grane?! - wpadliśmy do pokoju.
- Zrzygała się na mnie!!!
- wrzasnął z obrzydzeniem.
Chciało mi się tak śmiać, że ledwo co wytrzymałam. Gdyby on wtedy siebie widział. Ale z drugiej strony to było tak ohydne i obrzydliwe, że sama mało co pawia nie puściłam.
- Idź do łazienki. - poleciłam brunetowi. - O Boże. - jęknęłam na syf wokół łóżka.
Bez gadania z Georgem to posprzątaliśmy. Nie obyło się bez jęków Toma w łazience z czego się śmiałam.
- Jak powiemy Caroline o tym, co ona zrobiła, to jak zareaguje? - zapytał Max.
- Nie uwierzy na bank. Boże do czego to doszło. Dobrze, że mamy wolne. - westchnęłam i oparłam się o ścianę.
- Macie jakąś czystą koszulkę? - zapytał Tom.
Pokazał oczywiście swój extra wysportowaną klatę, na której punkcie nie jedna oszalała. Podniosłam tyłek i wygrzebałam z Jefferson szuflady o wiele na nią za dużą koszulkę z  Kurtem Cobainem.

- Powinna pasować. - rzuciłam mu ją.
- Dzięki. O też mam taką. - ucieszył się. - Bynajmniej jak człowiek będę wyglądał. - mruknął.
Po paru chwilach się pożegnaliśmy i na szczęście w ogóle nie wspominaliśmy o całym cyrku z przejęciem nas przez Brauna.


______________________________________

Witamy po długiej przerwie.
Z góry za nią przepraszamy :c
Mamy nadzieję, że rozdział to Wam wynagrodzi ;)
Nie zapomnijcie o komentarzu c:
Do następnego :3
Nika & Pat